środa, 28 czerwca 2017

Imagine 60 Liam

Z kapturem na głowie podążałem za grupą swoich znajomych w stronę sali gimnastycznej, znajdującej się może kilkadziesiąt metrów od budynku szkoły. Natura nie mogła odmówić nam kolejnego beznadziejnie szarego i deszczowego dnia. Byłem przemoczony do suchej nitki, a przecież tylko kilka minut dzieliło mnie od celu. Ziewnąłem ze znudzenia, wchodząc przez szklane, automatyczne drzwi do środka. Zalał mnie zapach chemikaliów do podłóg i potu. Skrzywiłem się, chociaż wiedziałem, że o ironio niedługo sam będę pachnieć jak stare kapcie. W szatni panował hałas, chłopaki przekrzykiwali się, gadali o sporcie i patrzeli na siebie oceniająco, u kogo w końcu siłownia zaczęła działać. Parsknąłem śmiechem pod nosem. W większości byli ode mnie o połowę chudsi i wyglądali jakby ich klatki miały się zaraz zapaść.
- Liam! Podobno gramy dzisiaj w siatkówkę, robisz skład? - zapytał Jared, wysoki brunet, jeden z moich kumpli. Bawiło mnie to, że zawsze chcieli, żebym był kapitanem i potem patrzeli na mnie tym swoim szczenięcym spojrzeniem, żebym wziął ich do drużyny. Przebrałem koszulkę, dając sobie chwilę na zastanowienie. Cóż, przynajmniej będzie po mojemu.
- Załatwione - mruknąłem.
Ignorując prośby każdego po kolei, żebym wziął go do składu, wyszedłem z szatni od razu kierując się na salę. Chichoty dziewczyn na mój widok sprawiły, że miałem ochotę zwrócić swoje śniadanie. Większość z nich wyglądała jakby dopiero wyszła z przedszkola i pewnie z resztą były na takim samym poziomie intelektualnym. Zacząłem się rozgrzewać. Moje mięśnie radośnie zareagowały na porcję ruchu. Wf rozpoczął się tak jak zawsze. Piekielnie nudnie. Tęskniłem za zajęciami wf-u w stanach za każdych cholernym razem. Tam był prawdziwy wycisk. Po dwóch godzinach chciało się umrzeć. Ale za to efekty jakie osiągała drużyna były przeogromne. Wygraliśmy zawody równie łatwo jak ja teraz biegłem przynajmniej 5 metrów przed całą resztą uczniów. Tam po prostu panowała inna mentalność. W końcu zatrzymaliśmy się w rogu sali, zaraz obok dziewczyn, które też miały teraz zajęcia. Wydawały się szczególnie mocno czymś przejęte i przekrzykiwały się, ignorując zupełnie upomnienia nauczyciela.
- …nie wierzę, że ona tu zamierza wrócić… dokładnie przecież wszyscy wiedzą co zrobiła i… - Dochodziły do mnie strzępki rozmów. Próbowałem je ignorować, ale wtedy usłyszałem imię, które zwróciło momentalnie moją uwagę. -  …jeśli Emily tu wróci to będzie dziwnie… tak wiem, że się przyjaźniłyście… okropność, jakby mój chłopak zginął to pewnie ze ześwirowałabym troszkę, ale bez przesady… skończ, bo Liam się patrzy, on się z nią kiedyś przyjaźnił nie?
Gwałtownie odwróciłem głowę. Emily. Moja Emily?

***

Całe popołudnie spędziłem zastanawiając się nad tym ile rzeczy mnie ominęło, o których wciąż nie mam pojęcia. Wyjechałem na rok nauki w Stanach po 2 klasie. Zostawiłem wtedy za sobą całe swoje życie i rodzinę, przez rok żyłem jak w marzeniu rozwijając karierę sportową i prowadząc bujne życie towarzyskie. Wszystko za sprawą konkursu, który wygrałem, a do którego namówiła mnie moja najlepsza wtedy przyjaciółka - Emily. Dziewczyna, w której kochałem się prawdopodobnie całe swoje życie do momentu, kiedy znalazła swoją własną miłość, nie dając mi szansy na odważenie się i wyznanie jej swoich uczuć. Prawie o niej zapomniałem, bo i tak mieliśmy ze sobą bardzo słaby kontakt już przed wyjazdem. Przestaliśmy pisać w październiku i od tamtej pory nie słyszałem o niej ani słowa. Nie próbowałem odnawiać kontaktu, gdy wróciłem, bo stwierdziłem, że tak będzie lepiej. Słyszałem tylko od rodziców, że teraz uczy się w domu. Może to był błąd i powinienem był się zainteresować nią kiedy wróciłem?
Pierwszym źródłem informacji o jakim pomyślałem były jej profile na portalach społecznościowych, jednak tam wiało pustkami od grudnia, kiedy zmieniła swoje zdjęcie profilowe. Spojrzałem na jej uśmiechniętą buzię i poczułem ucisk w brzuchu. Wymazanie jej z pamięci spowodowało pewnego rodzaju szok kiedy znowu pozwoliłem sobie na myślenie o niej. I patrzenie. Zdecydowanie była piękną dziewczyną. Nie była może nadzwyczajna, nie zwracała na siebie uwagi każdego kto tylko na nią spojrzał, ale… Miała w sobie to coś. Najbardziej kochałem ją kiedyś za jej osobowość. Niekonwencjonalne poczucie humoru, pyskatość, to, że była chyba największą marzycielką na całej kuli ziemskiej i co więcej, naprawdę wierzyła w możliwość realizacji tych pragnień. Zastanawiałem się czy mam jeszcze jakiś numer do niej. Przejrzałem kontakty w swoim telefonie, ale nic tam nie było. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, że kiedyś zmieniała numer i wysłała mi go przez portal społeczności owy. Wpisałem odpowiednią frazę w konwersacji i znalazłem to czego szukałem. Pytanie tylko czy był to aktualny numer i… Co właściwie miałbym jej napisać?
Hej tu Liam, nie wiem czy to twój aktualny numer, ale przyszła dzisiaj do mnie myśl o tobie i zastanawiałem się co u ciebie słychać?
Czułem się jak debil sekundę po wysłaniu wiadomości. Powinienem to jakoś inaczej ująć. Albo może wcale nie pisać? Zainteresowałem się nią dopiero jak usłyszałem strzępki rozmowy. To raczej źle o mnie świadczy. Co prawda nasz kontakt urwał się przez jej zaniedbanie i uzależnienie od chłopaka, ale… No właśnie. To co dzisiaj usłyszałem wstrząsnęło mną na tyle, że chyba postradałem zmysły. Nieważne. Pewnie i tak nie odpisze. Z tą myślą odpaliłem grę i postanowiłem odciąć się od świata.
Kiedy usypiałem parę godzin później, wybudził mnie dźwięk wibracji koło mojego ucha. Oślepił mnie za jasny ekran, więc szybko zmieniłem ustawienia jasności i przyjrzałem się powiadomieniu, które wyskoczyło. Poczułem dziwny ścisk w ciele.
To chyba nieważne co u mnie po tym jak cię potraktowałam. Plus jesteś po drugiej stronie świata. Lepiej niech zostanie tak jak jest.
Zmarszczyłem brwi. Nie rozeszliśmy się przecież w kłótni. Po prostu przestała mieć dla mnie czas. Miałem jej to za złe, owszem, ale po jakimś czasie zapominamy o ranach, jeśli ich nie rozdrapujemy aż w końcu goją się całkowicie i zostawiają tylko maleńką bliznę.
Emily ja wróciłem. Nie zostałem na kolejny rok.
Wysłałem wiadomość zastanawiając się, jaka może być jej odpowiedź. Ale taa nie przychodziła. Minęło 10 minut, 20, 30. W końcu moje oczy nie wytrzymały i przestałem czekać. Obróciłem się na drugi bok i postanowiłem zasnąć. W tym momencie telefon znów zawibrował. Warknąłem pod nosem.
Jestem pod twoim domem.

Co. Teraz? Ona sobie żartuje? Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem przez okno. Obok zaparkowanego samochodu taty stał drugi, z zapalonymi światłami. Próbowałem otrząsnąć się z szoku. Poczułem jak serce mi przyspiesza, a wargi robią się suche. To zdecydowanie nie był obrót akcji jakiego oczekiwałem. Zarzuciłem bluzę na koszulkę z piżamy i wciągnąłem na nogi spodnie dresowe, wszystko to co było najbliżej, bo leżało na krześle co oznaczało, że nie były o ubrania pierwszej świeżości. Wsunąłem w stopy buty z wf-u, bo inne stały w przedpokoju, a zamierzałem wyjść oknem, żeby nie budzić rodziców. Miałem okna tak nisko, że nie było to zbyt wielką filozofią, żeby wyjść rzez nie, nie robiąc sobie krzywdy. Oczywiście padało, bo jakżeby inaczej. Nałożyłem kaptur na głowę i wyszedłem przez furtkę, którą otworzyłem kluczami, które tkwiły w kieszeni bluzy. Zamknąłem za sobą i niepewnie podszedłem do samochodu. Drzwi od strony pasażera się otworzyły, więc z nieco skrępowany wsiadłem do środka. Szok po zobaczeniu Emily musiał pokazać się na mojej twarzy, bo natychmiast odwróciła wzrok i wcisnęła pedał gazu. Wyglądała marnie. Tylko to słowo przychodziło mi do głowy. Jej włosy, niegdyś błyszczące i w pięknym odcieniu, teraz wydawały się być martwe, spięte w niedbałego kucyka. Pod jej oczami sine cienie, zgaszone spojrzenie i zaciśnięte w prostą kreskę usta. Nie wiedziałem co powiedzieć. Jechaliśmy w milczeniu. To była chyba najbardziej niezręczna przejażdżka w moim życiu. W końcu zatrzymała się po jakiś 10 minutach. Zaparkowała przy parku. Zgasiła silnik. Odpięła swój pas. W końcu spojrzała na mnie. W jej oczach pojawiły się łzy. A ja dalej nie wiedziałem co powiedzieć. Kto właściwie spieprzył sytuację? W tym momencie wypadło mi z głowy co się stało. Chciałem ją tylko przytulić. Ona miała najwyraźniej to samo pragnienie, bo ze szlochem zarzuciła mi ręce na szyję i wtuliła się w mój obojczyk. Poczułem jej zapach, niezmienny od tylu lat. Nadal uparcie używała tych samych perfum, które dostała od cioci na 14 urodziny, w których się zakochała i później praktycznie zawsze oszczędzała na kolejny flakonik.
- Tęskniłam. Boże nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki nie napisałeś, że tu jesteś - wydukała, a je słowa stłamsił nieco materiał bluzy. Odpiąłem swój pas, żeby móc ją do siebie bardziej przyciągnąć.
- Uwierz mi, że czuję to samo. Przepraszam, że przez ostatni rok ani razu nie zainteresowałem się tym co u Ciebie. Jestem idiotą. - Odsunęła się ode mnie lekko i spojrzała tak intensywnie, że znowu poczułem się jak naładowany hormonami 16-latek, który pragnie, żeby jego najlepsza przyjaciółka zobaczyła w nim coś więcej.
- To ja przecież odsunęłam cię dawno temu, bo zajęłam się kimś kto i tak umarł! - zaszlochała. Zamarłem. Czyli to była prawda. Nie wyobrażałem sobie jak bardzo musi mieć złamane serce. Taylor był całym je życiem.
- Jak to się stało? - spytałem smutno. Odgarnąłem zbłąkany kosmyk z jej twarzy i pogłaskałem ją po policzku. To wydawało się przynieść jej małą ulgę.
- Zginął w wypadku samochodowym na początku grudnia. Przeszłam takie załamanie nerwowe, że wszyscy w szkole traktowali mnie jak wariatkę i musiałam zacząć edukację domową. Nie dziwię się. Potrafiłam wyć w toalecie damskiej przez bitą godzinę. - Uniosła kącik ust do góry, żeby potraktował to jak żart, ale wiedziałem, że naprawdę cierpiała.
- Żałuję, że mnie tu nie było, żeby cię wesprzeć.
- Nie miałoby to pewnie znaczenia. Odsunęłam wszystkich, bo tylko Taylor się dla mnie liczył. A kiedy… Kiedy zniknął okazało się, że nie było już nikogo. - Ostatnie słowa niemal wyszeptała.
Boże. Było mi jej tak żal. Ich miłość była jak ta z filmów, intensywna i uzależniająca, wprawiającą innych w zakłopotanie i zazdrość. Nie mogłem wyobrazić sobie nawet tego, jak bardzo musiała ją złamać jego śmierć. Minęło ile? Niemal 10 miesięcy. A wyglądała tak, że równie dobrze mogło się to zdarzyć wczoraj.
- Cóż, jestem tu teraz i nigdzie się nie wybieram. To prawda, że wracasz do szkoły?
- Czyli wszyscy już wiedzą? - westchnęła. Kiwnąłem głową. Plotka pewnie rozejdzie się szybko i za parę dni rzeczywiście cała szkoła będzie wiedziała. - Nowa sensacja, wariatka Emily wraca na stare śmieci.
- Nie pozwolę im powiedzieć złego słowa na ciebie - zaprzeczyłem szybko. I wiedziałem, że mówię prawdę. Czułe jakby tej przerwy wcale nie było. Wciąż żywiłem do niej intensywne uczucia, niekoniecznie romantyczne. Po prostu potrzebę opiekowania się nią, ochrony przed całym złem świata. - Chcę ci jakoś pomóc. Nie bardzo wiem jak, ale nie zamierzam cię kolejny raz zostawić.
- Przestań, sama namawiałam cię na ten konkurs kiedy jeszcze… zanim zaczęłam chodzić  Taylorem i byliśmy przyjaciółmi. Jak w ogóle tam było? Byłeś szczęśliwy? - Na mojej twarzy pojawił się niekontrolowany uśmiech.
- Cudownie. Czułem, że to moje miejsce na świecie. Wygrywałem wszystkie mecze z drużyną. Poznałem wspaniałych, otwartych ludzi.
- Więc dlaczego wróciłeś?
- Zaproponowali mi, żebym zakończył edukację u nich, ale… Mama zachorowała. Chcę być przy niej, a nie na innym kontynencie. - Nikomu tego nie mówiłem. Ale poczułem się jak dawniej kiedy mówiłem jej wszystko.
- Nie wiedziałam. Przykro mi. - Teraz to ona pogłaskała mnie po twarzy. Przestała jej płakać a jej oczy miały intensywniejszy kolor przez zaczerwienienie, było to widać nawet w słabym świetle w samochodzie.
- Wyjdzie z tego. Jestem tego pewny, bo to silna kobieta. I ty też sobie poradzisz Emily. Teraz już będę przy tobie. Cały czas.
- Nie zasługuje na to…
- Nigdy tak nie mów.
Jej dłoń wciąż błądziła po moim zaroście. To było intymniejsze niż cokolwiek co kiedykolwiek robiliśmy. Nie wiem dlaczego, ale czułem się jakoś inaczej. Byliśmy doroślejsi i wiedziałem, że to okropne myśleć o tym w tej chwili, ale… Moje głupie serce zadrżało na myśl o tym, że może to szansa dla nas. Może uda mi się postawić ją do pionu, sprawić, żeby znowu cieszyła się życiem i odzyskała dawny błysk w oczach. Może zupełnie przypadkiem podczas tego procesu zakocha się we mnie. Może…
- Będę tutaj przy tobie. Bo mi na tobie zależy. I nawet czas i odległość nie sprawiły, aby moje uczucia minęły.
- Uczucia? - szepnęła.
Coś błysnęło w jej oczach. Coś czego się nie spodziewałem. Jakby odrobina… nadziei? Postanowiłem, że zwolnię. Jeszcze przyjdzie czas. Na razie chciałem, aby poczuła się znowu tą Emily, którą była kiedyś. Żeby odzyskała siły. Wiedziałem już, że wystarczyła chwila rozmowy z ią i zobaczenie jej, żeby zrozumiał, że dalej ją kocham tylko zdusiłem to uczucie. Ale jeszcze kiedyś nadejdzie odpowiedni moment.
- Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nic się nie zmieniło. I poradzimy sobie. Zobaczysz.
Przytuliłem ją mocno i pocałowałem w czoło. Kocham cię, powiedziałem w jej włosy nie wydając żadnego dźwięku. Emily wtuliła się we mnie mocniej i wiedziałem w tym momencie, że warto będzie czekać.

piątek, 11 listopada 2016

Imagine 59 Niall Part I

Miałam coś napisać tak po prostu. Potem stwierdziłam, że napiszę tego obiecanego niemal rok temu partowca z Liamem, ale czułam, że historia, która tworzy mi się w głowie potrzebuje Nialla. Tak wiec oto wstęp do historii, którą piszę natchniona silnymi, negatywnymi uczuciami z własnego życia w ostatnich dniach. I pewnie jej nie dokończę XD

_____________________________________________________________________

Poniedziałek. Odetchnąłem głęboko, wdychając znajomy zapach starej tapicerki. Krople deszczu uderzały w szyby, spływając w dół długimi torami. Wpatrywałem się pusto w szare, pochmurne niebo, w jakiejś cichej nadziei, że czas się zatrzyma i będę mógł siedzieć tutaj wieczność, bez konieczności wychodzenia do ludzi, błądzenia po szkolnych murach z wściekle czerwonej cegły. Przymknąłem powieki. Gdyby nie edukacja, która niestety wciąż była moim obowiązkiem, pewnie nie wiedziałbym nawet jaki jest dzisiaj dzień tygodnia. Wszystkie wyglądały dla mnie tak samo, z wyłączeniem weekendów kiedy właściwie nie wychodziłem z łóżka. Włożyłem kluczyki do stacyjki i odpaliłem silnik, który zaryczał głośno. Nie pracowałem nad silnikiem od dawna, pewnie niedługo słono za to zapłacę, bo samochód działał tylko dlatego, że niegdyś poświęcałem mu mnóstwo uwagi; mechanika to było mój konik. Przynajmniej do niedawna. Będę musiał się za to zabrać. Inaczej zostanę zmuszony do jazdy komunikacją miejską. To oznaczało kolejne 40 minut dłużej wśród ludzi dziennie. Ostatnia rzecz, której bym chciał.
Ruszyłem powoli, przez swoje chwile dumania i tak byłem już spóźniony, nie było sensu męczyć silnika jeszcze bardziej. Dotarłem pod szkołę 8:08. Mogłem zapomnieć o miejscu na parkingu, więc zaparkowałem w sąsiedniej uliczce. Nałożyłem kaptur na głowę, znowu zapomniałem parasola. Powinienem zostawiać go w aucie, w ten sposób nie moknąłbym za każdym razem. Włożyłem dłonie w kieszenie bluzy i ze spuszczonym na własne stopy wzrokiem, powoli podążyłem znaną na pamięć drogą do budynku. 3 minuty wystarczyły, żebym był całkowicie mokry. Pociągnąłem nosem otwierając drzwi. Woźny potraktował mnie nieprzyjemnym spojrzeniem. Zdążył już sobie mnie zapamiętać. Nie było tygodnia, w którym nie przychodziłbym chociaż w jeden dzień po czasie. Znalazłem swoją klasę i bez słowa wszedłem do środka. 26 par współczujących oczu zmierzyło mnie wzrokiem. Skierowałem się do swojej ławki zauważając jeden ewenement. Dzisiaj w klasie było 27 par oczu. Chociaż te dodatkowe poświęcały uwagę raczej postaciom za oknem, śpieszącym się gdzieś w swoich ciemnych płaszczach, a nie mi. Dziewczyna ubrana w całości na czarno, we włosach spiętych w niedbały kucyk i bez śladu makijażu na zmęczonej, chociaż wciąż stosunkowo ładnej twarzy, siedziała obok mojego miejsca. Nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi kiedy do niej dołączyłem. Nie znałem jej, musiała być nowa. Pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi tak jak na całą resztę ludzi dookoła mnie, gdyby nie fakt, że jej buzia wydawała się być nawet smutniejsza od mojej. Kiedy nauczyciel wywołał jej imię i obróciła się do niego, w je niemal czarnych oczach błysnął strach. Postawa jej ciała wskazywała jakby była w każdej chwili gotowa do ucieczki. Profesor poprosił ją, aby wyszła przed klasę i powiedziała kilka słów o sobie. Przymknęła powieki na sekundę, a całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Stanęła pod tablicą i dopiero wtedy złapałem się na tym, że cały czas ją obserwowałem, rejestrując każdy detal je sylwetki i najdrobniejszy grymas jej delikatnych rys. Zamknąłem oczy i ścisnąłem swoją kość nosową kciukiem i palcem wskazującym. To nie było ani do mnie podobne, ani miłe, ani chociaż dyskretne. Nowa wyglądała na zagubioną i mogłem ją tym dodatkowo wystraszyć, jeśli by to zauważyła.
- Mam na imię Meridian. Urodziłam się w Cork w Irlandii i do zeszłego miesiąca tam właśnie mieszkałam. Nie mam szczególnych zainteresowań ani hobby. Nie szukam tutaj przyjaciół.
Jej głos był zaskakująco czysty i przyjemny, głęboki. Skłonił mnie do otworzenia oczu już przy pierwszych dźwiękach. Meridian wróciła do ławki, ignorując nieco zaskoczone spojrzenia nauczyciela i zaciekawionych jej postawą uczniów. Do końca  lekcji nic nie zwróciło jej uwagi.
***

Skończyły się wszystkie lekcje, a jedyne co z nich zapamiętałem to pewien powtarzający się schemat. Meridian za każdym razem wychodziła z klasy ostatnia, a na kolejne lekcje przychodziła przynajmniej 2 minuty po dzwonku. Przy czym nie wyglądała na buntowniczkę, która próbuje zwrócić na siebie uwagę albo zdenerwować swoim zachowaniem belfrów. Ewidentnie w jej czynach był jakiś ukryty sens. Nie było za to sensu w mojej obserwacji jej. Od dawna nic mnie nie intrygowało ani wywoływało we mnie jakiejś większej reakcji. Przechodziłem przez każdy kolejny dzień jak cień, który znikał wraz z zachodem słońca. Nie wiedziałem czy to dobrze, że w końcu coś wyrwało mnie z tej monotonii, czy źle, bo interesowanie się płcią przeciwną było dla mnie w tym momencie raczej niewskazane. Byłem zbyt wypruty z uczuć, żeby się w coś angażować. Z resztą o czym ja w ogóle mówię, ta cała Meridian nie znała nawet mojego imienia, a ja nic o niej nie wiedziałem. I nie musiałem się tego dowiadywać.
Wstąpiłem do biblioteki, żeby oddać lektury, których normalnie w życiu bym nie przeczytał, ale ostatnio książki zdawały się być dla mnie jedyną ucieczką od smutnej rzeczywistości, która mnie otaczała. Wchodząc nie zauważyłem wychodzącej postaci i zderzyłem się z nią gwałtownie. Książki upadły na ziemię, a ja  ostatniej chwili przytrzymałem nieszczęśnika, który miał pecha na mnie trafić. Poczułem szczupłe ramiona, które całe się trzęsły pod moim dotykiem i szybko wyrwały się z mojego uścisku. Rozpoznałem natychmiast kto to.
- Przepraszam - zwróciłem się do Meridian, która spojrzała na mnie z przerażeniem w oczach. Jej wargi zdawały się drgać, a klatka piersiowa unosiła się i opadała nienaturalnie szybko. Zmarszczyłem brwi na jej reakcję. - Wszystko w porządku? Nie zrobiłem Ci nic?
Dziewczyna przełknęła ślinę i odsunęła się powoli ode mnie. Kucnąłem, żeby podnieść swoje i jej książki z ziemi. Podałem ostrożnie jej własność, widząc wciąż strach w podejrzanie zaszklonych oczach. Trzęsącymi się dłońmi wzięła ode mnie książki i przytuliła je do klatki piersiowej.
- W porządku - powiedziała cicho, a jej usta lekko się wygięły jakby próbowała się uśmiechnąć, ale nie miała wystarczająco dużo sił.
- Jestem Niall - wyrwało mi się.
- Meridian.
- Wiem, siedzimy razem. - Posłałem jej coś na kształt uśmiechu. Po ostatnich 3 miesiącach nie sądziłem, abym był jeszcze do tego zdolny. Wpatrywała się we mnie jakby coś analizowała. Wciąż miała tą obronną postawę jakby spodziewała się, że w każdej chwili mogę ją zaatakować. Co było przecież zupełnie absurdalne i surrealistyczne.
- Widziałam cię wcześniej, na mieście - powiedziała cicho. Wyrwało mi się ledwo słyszalne prychnięcie.
- Musiałaś mnie z kimś pomylić, poza szkołą praktycznie wcale nie jeżdżę na miasto.
- Och, miałam na myśli w miasteczku, w Harrington. Byłeś na molo pierwszego dnia kiedy tu przyjechałam z rodzicami i rzuciłeś mi się w oczy, bo byłeś tam jedyną osobą - wytłumaczyła szybko. Po chwili wyglądała jakby żałowała, że to powiedziała.
- Też mieszkasz w Harrington? Mogę cię podwieźć jeśli nie masz transportu, komunikacja między Grimsby a tą dziurą jest beznadziejna. - Sam nie wiem dlaczego to zaproponowałem. Właściwie od rana nie miałem pojęcia co robię. Wychodziłem poza utarte schematy. W oczach Meridian błysnął niepokój.
- Nie! Nie trzeba… - Zaczęła się ode mnie oddalać jakby wystraszona. Cholera, jeszcze ją do siebie jakoś zraziłem. Ta propozycja wyrwała mi się sama, zupełnie jej nie przemyślałem, ona mogła ją odebrać jako zbyt nachalną chociaż próbowałem tylko być miły. Dlaczego nie mam pojęcia.
- W porządku rozumiem. Nie chciałem się narzucać albo sprawić, żebyś poczuła się nieswojo. Po prostu sam jeździłem wiele lat komunikacją miejską i własny samochód to zbawienie - próbowałem jakoś się wytłumaczyć. Wydawała się nieco uspokoić.
- Rodzice mnie zawożą i odwożą. To dlatego.
- Aaa w takim razie, do zobaczenia jutro?
- Przepraszam jeśli zachowałam się niegrzecznie… Nie lubię obcych. - Uśmiechnęła się przepraszająco. Ten uśmiech był tak smutny, że wywołał we mnie dziwną chęć naprawienia go. - Do zobaczenia Niall.
Patrzyłem za nią długo po tym jak zniknęła za rogiem. Była inna. Wystraszona. Może to głupie, ale wyczuwałem w niej coś znajomego sobie. Jakiś ból, który odgradza ją od społeczeństwa. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego jak to musi wyglądać dla kogoś z zewnątrz. Człowiek, który coś przeszedł jest zupełnie różny od kogoś kto nie został naznaczony takim cierpieniem jak ja. Byłem jak czarna smuga na białej ścianie. Nie dało się jej zetrzeć, można ją było tylko zamalować farbą, w tym znaczeniu ignorować. Tak właśnie robiła większość ludzi. Widziała mnie jako problem lub chciała wymazać, udając, że mnie nie ma. Nie winiłem ich za to. Sam czasami chciałem się wymazać. Nocą właściwie tylko to wydawało się być dobrym rozwiązaniem.
A Meridian? Hmm… Czułem, że nadchodzą jakieś zmiany. Ona zdecydowanie miała jakieś problemy. Ja też je miałem. Na jej widok chciałem jej jakoś pomóc. Może sobie też powinienem?