piątek, 11 listopada 2016

Imagine 59 Niall Part I

Miałam coś napisać tak po prostu. Potem stwierdziłam, że napiszę tego obiecanego niemal rok temu partowca z Liamem, ale czułam, że historia, która tworzy mi się w głowie potrzebuje Nialla. Tak wiec oto wstęp do historii, którą piszę natchniona silnymi, negatywnymi uczuciami z własnego życia w ostatnich dniach.

_____________________________________________________________________

Poniedziałek. Odetchnąłem głęboko, wdychając znajomy zapach starej tapicerki. Krople deszczu uderzały w szyby, spływając w dół długimi torami. Wpatrywałem się pusto w szare, pochmurne niebo, w jakiejś cichej nadziei, że czas się zatrzyma i będę mógł siedzieć tutaj wieczność, bez konieczności wychodzenia do ludzi, błądzenia po szkolnych murach z wściekle czerwonej cegły. Przymknąłem powieki. Gdyby nie edukacja, która niestety wciąż była moim obowiązkiem, pewnie nie wiedziałbym nawet jaki jest dzisiaj dzień tygodnia. Wszystkie wyglądały dla mnie tak samo, z wyłączeniem weekendów kiedy właściwie nie wychodziłem z łóżka. Włożyłem kluczyki do stacyjki i odpaliłem silnik, który zaryczał głośno. Nie pracowałem nad silnikiem od dawna, pewnie niedługo słono za to zapłacę, bo samochód działał tylko dlatego, że niegdyś poświęcałem mu mnóstwo uwagi; mechanika to było mój konik. Przynajmniej do niedawna. Będę musiał się za to zabrać. Inaczej zostanę zmuszony do jazdy komunikacją miejską. To oznaczało kolejne 40 minut dłużej wśród ludzi dziennie. Ostatnia rzecz, której bym chciał.
Ruszyłem powoli, przez swoje chwile dumania i tak byłem już spóźniony, nie było sensu męczyć silnika jeszcze bardziej. Dotarłem pod szkołę 8:08. Mogłem zapomnieć o miejscu na parkingu, więc zaparkowałem w sąsiedniej uliczce. Nałożyłem kaptur na głowę, znowu zapomniałem parasola. Powinienem zostawiać go w aucie, w ten sposób nie moknąłbym za każdym razem. Włożyłem dłonie w kieszenie bluzy i ze spuszczonym na własne stopy wzrokiem, powoli podążyłem znaną na pamięć drogą do budynku. 3 minuty wystarczyły, żebym był całkowicie mokry. Pociągnąłem nosem otwierając drzwi. Woźny potraktował mnie nieprzyjemnym spojrzeniem. Zdążył już sobie mnie zapamiętać. Nie było tygodnia, w którym nie przychodziłbym chociaż w jeden dzień po czasie. Znalazłem swoją klasę i bez słowa wszedłem do środka. 26 par współczujących oczu zmierzyło mnie wzrokiem. Skierowałem się do swojej ławki zauważając jeden ewenement. Dzisiaj w klasie było 27 par oczu. Chociaż te dodatkowe poświęcały uwagę raczej postaciom za oknem, śpieszącym się gdzieś w swoich ciemnych płaszczach, a nie mi. Dziewczyna ubrana w całości na czarno, we włosach spiętych w niedbały kucyk i bez śladu makijażu na zmęczonej, chociaż wciąż stosunkowo ładnej twarzy, siedziała obok mojego miejsca. Nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi kiedy do niej dołączyłem. Nie znałem jej, musiała być nowa. Pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi tak jak na całą resztę ludzi dookoła mnie, gdyby nie fakt, że jej buzia wydawała się być nawet smutniejsza od mojej. Kiedy nauczyciel wywołał jej imię i obróciła się do niego, w je niemal czarnych oczach błysnął strach. Postawa jej ciała wskazywała jakby była w każdej chwili gotowa do ucieczki. Profesor poprosił ją, aby wyszła przed klasę i powiedziała kilka słów o sobie. Przymknęła powieki na sekundę, a całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Stanęła pod tablicą i dopiero wtedy złapałem się na tym, że cały czas ją obserwowałem, rejestrując każdy detal je sylwetki i najdrobniejszy grymas jej delikatnych rys. Zamknąłem oczy i ścisnąłem swoją kość nosową kciukiem i palcem wskazującym. To nie było ani do mnie podobne, ani miłe, ani chociaż dyskretne. Nowa wyglądała na zagubioną i mogłem ją tym dodatkowo wystraszyć, jeśli by to zauważyła.
- Mam na imię Meridian. Urodziłam się w Cork w Irlandii i do zeszłego miesiąca tam właśnie mieszkałam. Nie mam szczególnych zainteresowań ani hobby. Nie szukam tutaj przyjaciół.
Jej głos był zaskakująco czysty i przyjemny, głęboki. Skłonił mnie do otworzenia oczu już przy pierwszych dźwiękach. Meridian wróciła do ławki, ignorując nieco zaskoczone spojrzenia nauczyciela i zaciekawionych jej postawą uczniów. Do końca  lekcji nic nie zwróciło jej uwagi.
***

Skończyły się wszystkie lekcje, a jedyne co z nich zapamiętałem to pewien powtarzający się schemat. Meridian za każdym razem wychodziła z klasy ostatnia, a na kolejne lekcje przychodziła przynajmniej 2 minuty po dzwonku. Przy czym nie wyglądała na buntowniczkę, która próbuje zwrócić na siebie uwagę albo zdenerwować swoim zachowaniem belfrów. Ewidentnie w jej czynach był jakiś ukryty sens. Nie było za to sensu w mojej obserwacji jej. Od dawna nic mnie nie intrygowało ani wywoływało we mnie jakiejś większej reakcji. Przechodziłem przez każdy kolejny dzień jak cień, który znikał wraz z zachodem słońca. Nie wiedziałem czy to dobrze, że w końcu coś wyrwało mnie z tej monotonii, czy źle, bo interesowanie się płcią przeciwną było dla mnie w tym momencie raczej niewskazane. Byłem zbyt wypruty z uczuć, żeby się w coś angażować. Z resztą o czym ja w ogóle mówię, ta cała Meridian nie znała nawet mojego imienia, a ja nic o niej nie wiedziałem. I nie musiałem się tego dowiadywać.
Wstąpiłem do biblioteki, żeby oddać lektury, których normalnie w życiu bym nie przeczytał, ale ostatnio książki zdawały się być dla mnie jedyną ucieczką od smutnej rzeczywistości, która mnie otaczała. Wchodząc nie zauważyłem wychodzącej postaci i zderzyłem się z nią gwałtownie. Książki upadły na ziemię, a ja  ostatniej chwili przytrzymałem nieszczęśnika, który miał pecha na mnie trafić. Poczułem szczupłe ramiona, które całe się trzęsły pod moim dotykiem i szybko wyrwały się z mojego uścisku. Rozpoznałem natychmiast kto to.
- Przepraszam - zwróciłem się do Meridian, która spojrzała na mnie z przerażeniem w oczach. Jej wargi zdawały się drgać, a klatka piersiowa unosiła się i opadała nienaturalnie szybko. Zmarszczyłem brwi na jej reakcję. - Wszystko w porządku? Nie zrobiłem Ci nic?
Dziewczyna przełknęła ślinę i odsunęła się powoli ode mnie. Kucnąłem, żeby podnieść swoje i jej książki z ziemi. Podałem ostrożnie jej własność, widząc wciąż strach w podejrzanie zaszklonych oczach. Trzęsącymi się dłońmi wzięła ode mnie książki i przytuliła je do klatki piersiowej.
- W porządku - powiedziała cicho, a jej usta lekko się wygięły jakby próbowała się uśmiechnąć, ale nie miała wystarczająco dużo sił.
- Jestem Niall - wyrwało mi się.
- Meridian.
- Wiem, siedzimy razem. - Posłałem jej coś na kształt uśmiechu. Po ostatnich 3 miesiącach nie sądziłem, abym był jeszcze do tego zdolny. Wpatrywała się we mnie jakby coś analizowała. Wciąż miała tą obronną postawę jakby spodziewała się, że w każdej chwili mogę ją zaatakować. Co było przecież zupełnie absurdalne i surrealistyczne.
- Widziałam cię wcześniej, na mieście - powiedziała cicho. Wyrwało mi się ledwo słyszalne prychnięcie.
- Musiałaś mnie z kimś pomylić, poza szkołą praktycznie wcale nie jeżdżę na miasto.
- Och, miałam na myśli w miasteczku, w Harrington. Byłeś na molo pierwszego dnia kiedy tu przyjechałam z rodzicami i rzuciłeś mi się w oczy, bo byłeś tam jedyną osobą - wytłumaczyła szybko. Po chwili wyglądała jakby żałowała, że to powiedziała.
- Też mieszkasz w Harrington? Mogę cię podwieźć jeśli nie masz transportu, komunikacja między Grimsby a tą dziurą jest beznadziejna. - Sam nie wiem dlaczego to zaproponowałem. Właściwie od rana nie miałem pojęcia co robię. Wychodziłem poza utarte schematy. W oczach Meridian błysnął niepokój.
- Nie! Nie trzeba… - Zaczęła się ode mnie oddalać jakby wystraszona. Cholera, jeszcze ją do siebie jakoś zraziłem. Ta propozycja wyrwała mi się sama, zupełnie jej nie przemyślałem, ona mogła ją odebrać jako zbyt nachalną chociaż próbowałem tylko być miły. Dlaczego nie mam pojęcia.
- W porządku rozumiem. Nie chciałem się narzucać albo sprawić, żebyś poczuła się nieswojo. Po prostu sam jeździłem wiele lat komunikacją miejską i własny samochód to zbawienie - próbowałem jakoś się wytłumaczyć. Wydawała się nieco uspokoić.
- Rodzice mnie zawożą i odwożą. To dlatego.
- Aaa w takim razie, do zobaczenia jutro?
- Przepraszam jeśli zachowałam się niegrzecznie… Nie lubię obcych. - Uśmiechnęła się przepraszająco. Ten uśmiech był tak smutny, że wywołał we mnie dziwną chęć naprawienia go. - Do zobaczenia Niall.
Patrzyłem za nią długo po tym jak zniknęła za rogiem. Była inna. Wystraszona. Może to głupie, ale wyczuwałem w niej coś znajomego sobie. Jakiś ból, który odgradza ją od społeczeństwa. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego jak to musi wyglądać dla kogoś z zewnątrz. Człowiek, który coś przeszedł jest zupełnie różny od kogoś kto nie został naznaczony takim cierpieniem jak ja. Byłem jak czarna smuga na białej ścianie. Nie dało się jej zetrzeć, można ją było tylko zamalować farbą, w tym znaczeniu ignorować. Tak właśnie robiła większość ludzi. Widziała mnie jako problem lub chciała wymazać, udając, że mnie nie ma. Nie winiłem ich za to. Sam czasami chciałem się wymazać. Nocą właściwie tylko to wydawało się być dobrym rozwiązaniem.
A Meridian? Hmm… Czułem, że nadchodzą jakieś zmiany. Ona zdecydowanie miała jakieś problemy. Ja też je miałem. Na jej widok chciałem jej jakoś pomóc. Może sobie też powinienem? 

niedziela, 6 listopada 2016

24 powody dlaczego kocham mojego chłopaka



Bardzo dawno mnie tu nie było, i myślę, że pewnie już tutaj nawet nie bardzo ktoś wchodzi ze starych czytelników, ale naszła mnie wena i może ktoś to przeczyta, mimo że to nie opowiadanie, ale moje osobiste odczucia względem kogoś kto od pół roku opiekuje się moim serduszkiem :') Możliwe, że kiedyś znowu coś tu wstawię, ale nie sądzę, żebym nawiązywała jeszcze do One Direction. Jeśli już coś napiszę to będzie to albo zupełna fantazja z wymyślonymi przeze mnie postaciami albo jakiś wywód z mojego życia. Dziękuje za uwagę. Bum.

_________________________________________________________________

24 powody dlaczego kocham mojego chłopaka

1. Pewność, że mogę na nim polegać. Właśnie to sprawiło, że zaczęłam coś do niego czuć. Kiedy byłam w potrzebie, a dla niego było oczywiste, że nieważne czy był zmęczony czy głodny po pracy musiał przy mnie być, bo po prostu wiedział, że to jest właściwe. Codziennie przyjeżdżał do mnie kiedy byłam w szpitalu, wspierał i dawał wiarę w to, że wszystko będzie dobrze. Właściwie tylko dzięki temu to przetrwałam. To był jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu kiedy wszystko się zawaliło na wieść o tym, że kilka dni więcej bez interwencji lekarzy i mogłam umrzeć. I on był przy mnie. Dawał mi siłę. I już zawsze będę mu za to wdzięczna.
2. Jego plecy, które kojarzą mi się z poczuciem bezpieczeństwa chociaż to trochę dziwne. Ale są takie duże i potężne chociaż wcale nie umięśnione. Wywołują jednak we mnie to uczucie, że się mną zaopiekuje.
3. Jego oczy i to nie dlatego, że są jakieś niewiadomo jak urodziwe. Chociaż sam fakt, że kiedyś nie podobały mi się niebieskie oczy, a teraz kojarzą mi się z tym błogim stanem kiedy w nie patrzę i widzę w nich miłość coś mówi. Czasami wciąż nie umiem uwierzyć, że zasługuje na takie spojrzenie, bo wiem, że patrzę na niego tak samo. Z zachwytem i niedowierzaniem, że jest mój i mogę go otwarcie kochać.
4. Ma najpiękniejszy uśmiech na świecie, taki który zaskakuje mnie za każdym razem do tego stopnia, że coś w środku mnie zamiera. To niemożliwe, aby ktoś był aż tak piękny tylko dlatego, że uniósł kąciki ust ku górze. Mogłabym patrzeć na ten uśmiech całą wieczność i nawet to nie sprawiłoby, że przywykłabym do jego niezwykłości.
5. Ocalił mnie. W dosłownym znaczeniu tego słowa. Z moją skłonnością do ciężkich stanów psychicznych to kwestia czasu kiedy znowu popadłabym w depresję i nie wiem czy tym razem bym z niej wyszła. Ostatnim razem dwukrotnie otarłam się o śmierć, nie mówiąc już o krzywdzie, którą sobie wyrządzałam. Teraz to wydaje mi się takie odległe. Przy nim czuje się jakby ktoś zapalił światło, bo jakie właściwie znaczenie mają te wszystkie smutki, porażki, problemy i zmartwienia kiedy w sekundzie, w której go widzę, wtulam się w niego i wdycham jego zapach to tak jakby ktoś zdjął z moich barków ogromny ciężar i znowu wszystko miało być dobrze.
6. On nauczył mnie beztroski, nie przejmowania się tak wszystkim. Dzięki niemu jestem silniejsza, bo wiem, że to co wydaje mi się takie tragiczne jest na ogół tylko drobnym potknięciem, czymś co da się przeskoczyć. Czasami nie warto kłócić się, płakać po nocach czy zamartwiać. Dał mi taki wewnętrzny spokój. Przecież to nie koniec świata, że coś mi nie wyszło. Nie muszę być idealna i nie popełniać błędów, bo jestem przecież tylko człowiekiem.
7. Jest jedynym człowiekiem, który potrafi sprawić, że widok jego szczęśliwego sprawia, że ja jestem szczęśliwa. To nie to samo kiedy przykładowo dajesz bliskiej osobie prezent i widzisz zachwyt na jego twarzy, którego jesteś przyczyną. Wtedy to jest radość. Ale kiedy coś ucieszy jego, kiedy coś mu się uda albo sprawi, że jego oczy się świecą… To mi daje szczęście takie, prawdziwe, które wypełnia mnie ciepłem i sprawia, że mam wrażenie, że moje serce rośnie i napiera na żebra, jakby nie mieściło się już w moim ciele.
8. Jego głupie poczucie humoru. Czasami, gdy coś powie naprawdę nie dowierzam, że to wyszło z jego ust. Nie było chyba dnia, w którym nie sprawił, że się śmiałam. Jednym słowem potrafi doprowadzić mnie do ataku histerycznego śmiechu. Jest magiczny pod tym względem. Przy nikim nie śmieje się tak dużo i szczerze jak w jego obecności.
9. Jego dziecinność to coś co połowę czasu doprowadza mnie do szału i dzikiego mordu w oczach, a drugą połowę wywołuje ten głupi, błogi uśmiech na ustach. Uwielbiam to, że rzadko jest poważny, że mogę się przy nim oderwać od świata i troche się zapomnieć. Kocham te małe dziecko, które w nim tkwi i mam nadzieje, że życie go w nim nie zabije i zawsze będzie mnie tak niemiłosiernie denerwować.
10. Jego wszystkie fizyczne „wady”, a raczej to co komuś innemu mogłoby się nie spodobać. Jego śmieszne włoski na nosie, oczy, które wyglądają jakby nie spał i ćpał przez ostatni miesiąc, włosy na klatce piersiowej, które niektórym wydają się brzydkie, ja je uwielbiam, bo są jego częścią, śmiesznie małe jak na tak wysokiego mężczyznę dłonie, ledwo większe od moich, chude i długie ręce jak gałęzie drzewa. Wszystko w nim kocham.
11. To, że mogę być przy nim sobą. Razem z wszelkimi swoimi dziwnymi humorkami, sarkazmem, niewyjaśnionymi smutkami, głupimi żartami, nagłymi przytłaczającymi przypływami miłości, przekleństwami w co drugim zdaniu, wrednymi docinkami, zaznaczaniem swojej niezależności na każdym kroku, gadatliwością a czasami zupełnym milczeniem. Czuje, że on akceptuje mnie w 200% i nie muszę przy nim udawać kogoś kim nie jestem tak jak przy większości ludzi. To on wyciąga na wierzch moje prawdziwe ja.
12. To, że szanuje fakt, że przyjaciele są w moim życiu niesamowicie ważni i są dni, kiedy to im poświęcam swój czas a nie jemu, bo chcę zachować równowagę i mieć i ich i jego, tak aby nikt na tym nie ucierpiał.
13. Uwielbiam z nim pisać. Czekam na wiadomości od niego z niecierpliwością, i gdy już przychodzą to uśmiecham się do telefonu jak dziecko szczęścia, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że wyglądam wtedy dla innych głupio. Wolę czasami poświęcić pół godziny snu, ale popisać z nim trochę dłużej, bo nasze rozmowy nigdy nie są nudne, zawsze pełne są słodkości, żartów, podrywania się i przemyśleń. Ze wszystkich ludzi na świecie to z nim lubię pisać najbardziej.
14. Dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Znam swoją wartość, bo on cały czas mi o niej przypomina. Nie pozwala złapać doła, bo powtarza, że dla niego jestem idealna taka jaka jestem. I co mnie w tym momencie obchodzi społeczeństwo, jakieś normy i to, że nie mam idealnej figury, wzrostu, nieprzeciętnej inteligencji, najlepszych ubrań albo talentów czy zdolności, którymi bym się wyróżniała z tłumu. Dla niego wystarczy to jaka jestem, i dzięki niemu ja też w to wierzę. Jestem wystarczająco dobra i nie muszę się zmieniać pod wpływem presji. Mam wady i słabości jak każdy człowiek, ale te wady ktoś kocha i to daje mi siłę.
15. Słucha mnie i przyjmuje do wiadomości moje sugestie, kiedy coś mnie rani albo mi nie pasuje stara się tego nie robić. To nie tak, że zmienia się dla mnie, bo nie chcę, żeby był kimś innym. Po prostu szanuje moje zdanie i potrafi iść na kompromis.
16. Wytrzymuje ze mną. Jestem niesamowicie irytującą osobą, a jednak on to wszystko znosi, moje złe dni, to jak go obrażam, bo nie panuję nad swoim językiem, moją namolność… Wszystko. Nie sądziłam, że na Ziemi istnieje człowiek, który potrafiłby znieść to jaka jestem na dłużej. A jednak. I to czyni go dla mnie jeszcze bardziej wyjątkowym.
17. Jego zagubienie a czasami nawet nieśmiałość, mimo że w życiu by się pewnie nie przyznał, że taki jest. Ale kiedy ma coś załatwić nagle panikuje, w towarzystwie moich znajomych i rodziny, nagle robi się spięty i nerwowy. Dla mnie jest to najbardziej urocza rzecz na świecie.
18. To, że nie ma dnia, żeby nie powiedział mi komplementu i zapewnił jak ważna dla niego jestem, czasami kryjąc to pod żartami, czasami prosto i otwarcie. Jest najbardziej kochanym i słodkim człowiekiem na świecie i czuje się przy nim jak księżniczka.
19. Wywołuje we mnie tak silne emocje jak nikt nigdy wcześniej. Przy nim czuje miłość, radość, pożądanie, poczucie przynależności, bezpieczeństwo, szczęście, czasami mnie denerwuje i doprowadza do szału i marzę o tym, żeby się zamknął. Mam przy nim prawdziwy rollercoaster uczuć. I uwielbiam każdą sekundę tej przejażdżki.
20. Dzięki niemu przestałam bać się zranienia, uwierzyłam w miłość, ja - najbardziej sceptyczna co do całego tego cyrku osoba, przywrócił mi wiarę w sens związków i dał nadzieję, że przy ciężkiej pracy i ciągłych staraniach dwoje ludzi może zbudować coś niesamowitego.
21. To, że nie boi się pokazać mi swojej wrażliwej strony i nie udaje kogoś kim nie jest. Nie próbuje mi na siłę zaimponować, tylko pokazuje otwarcie jakim jest człowiekiem.
22. Nikt mnie tak nie wkurwia jak on. Ten powód powinien być chyba pierwszy.
23. Gdy z nim jestem wszystko wokół znika, wszystkie moje troski i zmartwienia. Czuję, że mogłabym spędzić wieczność leżąc wtulona w niego i wpatrzona w jego oczy i to cały czas byłoby za mało. 
24. Jest mój. Ja jestem jego. I za to kocham go najbardziej.

Znalezione obrazy dla zapytania love tumblr black and white